środa, 23 maja 2018

Plastry na odchudzanie Sliminazer - HIT czy KIT ?

Skuszona reklamą szybkiego i łatwego zrzucenia wagi kupiłam na internecie plastry Sliminazer.





Oczywiście zdaje sobie sprawę, że bez diety i ruchu nie ma efektów. Tu w ogóle nie ma dyskusji.


Skusiła mnie jednak wizja szybszego metabolizmu, który u mnie bardzo kuleje, nawet przy jedzeniu rzeczy, które teoretycznie powinny go podkręcić.


Ale wracając do naszego produktu. Mniejsza o motywy. Fakty.
Producent zapewnia, że dzięki plastrom schudniesz.
Zastrzegając przy tym, że to suplement i nic nie zastąpi zbilansowanej diety :P


1. Cena : wywoławcza 317zł. Cena promocyjna 137zł.
   
    Cena ostateczna / gdy klikniesz chce odebrać zniżkę, jednorazowy rabat, ważny 15 minut/ 87zł.


2. Czas dostawy : paczką przyszła po 3 dniach od zamówienia, ja wybrałam opcję za pobraniem na  


    koszt dostawcy, spedycją DPD


3. Zawartość : paczka zawierała 30 małych plastrów.





4. Sposób użycia . I tu mam dylemat. Jedna strona informacyjna TU podaje aby plaster nakleić raz na dobę. Na 12h i koniecznie po 12 godzinach odkleić.





Na oryginalnym opakowaniu suplementu producent pisze że po 12 godzinach usunąć stary plaster i w nowym miejscu nakleić nowy...
Ja wybrała opcję plaster nowy plaster co 12h. dziś to mój drugi.


Jakie wrażenie? zaraz po naklejeniu trochę szczypie. Może to skutek uwalniania substancji lub...uczulenia na klej :PP



Postanowiłam się wam z tym podzielić, bo sama chciałabym wiedzieć jak naprawdę działają te suplementy. Dla wiarygodności, jem 5 posiłków dziennie, dużo w tym zieleniny, warzyw, mięsa, pije kawę, zieloną herbatę, pije średnio 1 litr wody dziennie. Moja aktywność jest umiarkowana. 2 razy w tygodniu uczęszczam na aquaerobic.




Jeśli macie pytania, proszę piszcie śmiało. Jedyne opinie dotyczące tego produktu znalazłam TUTAJ.



Aha. Producent podobno zastrzega prawo zwrotu. Pytanie gdzie wysyłać reklamacje? Na paczce nie było żadnego adresu. Na opakowaniu miejsce docelowe to Gibraltar. Wszystko na ten temat...

środa, 9 maja 2018

Hicior na lato #basketbag i przemycony #zwyklak z kibla

Nie od dziś kosze są stałym elementem naszej garderoby na wiosnę, lato.

Dla mnie są idealną alternatywą do stylu boho, który uwielbiam.



Od jakiegoś czasu królują okrągłe torebki.



Nie mogło zabraknąć tej alternatywy w przypadku toreb z rattanu, słomy, czy nawet sztucznego poliestru ale wciąż wyglądającego bardzo naturalnie.



Moja jest pojemna i bardzo wygodna.
Jedyne czego brakuje to zapięcia, ale nad pomyśle i zrobię coś sama...

*

*



*



*



*




A jakie są wasze typy na lato?

środa, 2 maja 2018

Pozytywny umysł, pozytywne życie

Jak to się dzieje że są ludzie, którzy umieją myśleć pozytywnie?


Czy naprawdę to tylko geny, przykład od rodziców albo super szkolenia gdzie motywują i jesteś wciąż na wysokim haju?

Jeśli chodzi o geny to sięgając wstecz nie przypominam sobie ani jednej osoby w  rodzinie mającej pozytywne nastawienie do świata, wręcz przeciwnie - spotkania rodzinne to wieczne marudzenie, narzekanie, zazdrość że komuś się lepiej powodzi...
Przykład z rodziców? o tutaj mogłabym napisać wręcz antyporadnik pozytywnego myślenia. Bardziej w kierunki jak zabić kreatywność i radość u dziecka a rozbudzić lęk i strach...Ale tylko ten kto w wychował się w rodzinie z rodzicem  alkoholikiem mnie zrozumie...
 A szkolenia? Zjazdy? Poniekąd pomagają, ale na krótką metę. Bo kiedy wracasz do domu, cała energia opada i znów zostajesz sam ze swoimi myślami. Pewnie dlatego ludzie zakładają różne grupy na fejsie aby wciąż mieć kontakt z innymi i nawzajem się motywować. Jasne to ma sens...
Na fejszbuku się nie udzielam, ale blogowanie to dla mnie taki zastrzyk pozytywnej energii :)

Można też spróbować terapii. Rozmowy z psychologiem, terapeutą. Pomagają one wyrobić sobie nowe ścieżki w myśleniu w naszym mózgu.
Tu potrzeba konsekwencji i systematyczności. Jak w sporcie. Aby utrzymać efekty trzeba wciąż ćwiczyć. Codziennie.

Ja z moim słomianym zapałem umiem utrzymać ten stan tylko chwilę...

A potem znów. Czarna dziura.
I tak sobie wyobrażam depresje. Jak stan czarnej dziury bez perspektyw, chęci, zapału, radości życia...
Ja od czasu do czasu odbijam się od dna. Mam narzędzia więc nie poddaje się. Nie mam już tego komfortu jak kiedyś, gdy wpadałam w swoje stany zdołowania, apatii, smutku.
To przez świadomość, wiedzę jaką posiadłam...

Wiecie czemu? Nigdy nie łączyłam odżywiania ze stanem myślenia i odczuwania.

Wiadomo, wiedziałam że jak zjem coś tłustego, fastfooda, wciągnę za duża batoników to będę się czuła pełna, ospałą, ociężała.
Ale nigdy nie wpadłam na to że jedząc zdrowo mogę się czuć świetnie cały czas.
Nie od dziś wiadomo, że aby utrzymać zdrową , szczupłą sylwetkę to zasługa w 70% diety, a w 30% to ruch.
I nagle eureka. Kiedy unikam potraw po którym mam wzdęcia, bo ewidentnie mi nie służą, czuje się nie tylko o niebo lepiej fizycznie, ale moje samopoczucie jest rewelacyjne. Mam ochotę do działania, wierzę że coś mi się uda. Dużo się śmieje, nie mam czarnych wizji na przyszłość, lęk przestaje być wiernym towarzyszem.
Łapie się na tym, że we wszelakich publikacjach wychwytuje te informacje o produktach żywieniowych, które wpływają na poprawę nastroju.

Bo skoro są tabletki typu prozac, bioxetin i czasem trzeba je brać przez jakiś czas w cięższych stanach depresyjnych bo działają one na nasz ośrodek mózgowy poprzez w skrócie podniesienie poziomu serotoniny to czemu nie poszukać naturalnych odpowiedników?

Ja wiem ,że mój stan który czasem nazywam depresją, złym humorem, strachem, lękiem, negatywnym nastawieniem jest poniekąd zachowaniem wyuczonym.
Jest jak skorupa do której się chowam gdy nie radze sobie z otaczającą rzeczywistością, problemami.
Ja wiem też że depresja jest chorobą i wiele czynników ma wpływ na jej pojawienie się.
Dlatego nie pozbywam się tej skorupy Przyznaje otwarcie że ona jest, nie wypieram się jej. Traktuje ją jak azyl , bo czasem są takie sytuacje gdy trzeba tam wejść - zmierzyć się ze swoimi smutkami, lękami, obawami, strachem, przerażeniem, niepewnością jutra...

Na pewno napisze post o takich super foods na dobry nastrój. Każdy znajdzie coś dla siebie :)

Bo jesteśmy tym co jemy. Nie tylko w sensie fizycznym ale przede wszystkich - psychicznym :)

Oczywiście to temat rzeka. Na dobry nastrój wpływa też uprawienie sportu, czy poranne lub wieczorne ćwiczenia, nasze otoczenie zarówno w domu jak i w pracy.
Tylko tak sobie myślę, że gdy zaczniemy zmiany od siebie to nawet beznadziejna praca, która kiedyś nas dołowała, można stać się atrakcyjniejsza lub po prostu znajdziemy w sobie tyle siły , że ją zmienimy.
Bo kiedy ktoś jest wiecznie z siebie niezadowolony, to nawet super życie go będzie męczyć.. wiem coś o tym :P...


czwartek, 19 kwietnia 2018

Jesteśmy tym co jemy…czyli moja dietetyczna droga przez mękę…







To nie przypadek, że skończyłam kurs Doradcy Dietetycznego.




Kiedy 20 lat temu wybierałam kierunek na studia, dietetyka jako dziedzina nauki nie była jeszcze aż tak popularna.


Dziś mamy do wyboru typowe studia I, II stopnia o specjalizacja Dietetyka. Fakt dają one nie tylko szerszą wiedzę, ale również większe uprawnienia a na pewno możliwość pracy w placówkach typu przychodnie, szpital, domy pomocy społecznej , żłobki, przedszkola państwowe…


A co zostaje dla tych co już nie mają czasu na studia? Kursy…Zresztą to jest rozwinięta obecnie dziedzina nie tylko nauki ale i życia, że co chwilę są nowe badania , odkrycia, więc edukacja jest non stop…


Odkąd pamiętam jest na diecie. Której nieobce są te słowa?


Co znaczyło w mojej sytuacji? Ano drakońskie diety odchudzające, diety ukierunkowane na nabiła, albo na tłuszcz, mięso, ograniczenia w przyjmowaniu konkretnych produktów. Co cechowało moje odchudzanie?


Przede wszystkim  nastawienie na szybkie osiągnięcie efektu, a potem to jakoś będzie…i właśnie to „byle jakość” mnie gubiło. Brak konsekwencji, zniechęcenie, a czasem nawet gorsze samopoczucie, bo chudłam, ale nie dostarczałam odpowiednich minerałów, ani witamin – więc skąd miałam mieć siły?


Czego zabrakło? ŚWIADOMOŚCI…tu nie chodzi aby się odchudzać , mieć tylko  płaski brzuch..tu chodzi o MOJE ŻYCIE…


Tu chodzi o MOJE CIAŁO, świątynie o którą powinnam dbać najlepiej jak umiem…


Kursy, które kończę są tylko potwierdzeniem moich zainteresowań, może kiedyś będę mogła komuś pomóc, tak jak na razie pomagam sobie i swojej rodzinie..


Od kilku lat bowiem moje zainteresowanie zdrowym jedzeniem wzrastało. Im czułam się gorzej tym bardziej szukałam zdrowych rozwiązań aby sobie pomóc.


Pierwszą ksiązką po która sięgnęłam, gdy kolejny raz w ciągu roku dostałam antybiotyk od lekarza było lektura „Pokonać alergię”…i mimo, ze polecam ją z czystym sercem, zabrakło wiary, siły  aby móc iść tą drogą. Gubiło mnie, znów, oczekiwanie na szybkie efekty, brak konsekwencji w działaniu. Produkty, które wówczas stały się abstrakcyjne i średnio dostępne.


Potem były kolejne, które tylko potwierdzały, że czas na żywieniowe zmiany.


Osobiście polecam Wam również blog Agnieszki Maciąg. Kopalnia wiedzy i dobrej energii :)


A to moje obowiązkowe lektury :


*

*

*

*

*

*

*

*


cdn...

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Każdy w życiu ma swoje etapy...

Przyszedł moment gdy na blog zabrakło czasu.


Życie pędzi tak szybko, że przy dwójce dzieci, pracy na etacie, jeśli chodzi o internet to czasu starcza mi tylko na szybkie przejrzenie instagrama, bądź wrzucenie na niego zdjęcia z telefonu .
Zajmuje to parę sekund.
Jest .
Odhaczone :)


Post na bloga wymaga jednak nieco więcej wysiłku. Nie tylko intelektualnego.
Przynajmniej ja tak mam. Lubię treści krótkie i zwięzłe oraz rzeczowe...


Ale dla mnie blog od samego początku był formą terapii. Radzenia sobie nie tylko ze swoimi emocjami, ale również próbą szukania swojej pasji...


Od zawsze interesowała mnie moda, szafiarki, jak ubrać się modnie i wygodnie
Potem moje serce skradło dekorowanie wnętrz. Zawsze kiedy jestem w Ikei, czy Jysku odczuwam przyspieszone bicie serca :)
Teraz przyszła faza na zdrowe odżywianie się. Zaczęłam czytać dużo materiałów i zwiększać swoją świadomość o czymś co niby wiedziałam, ale i tak nic z tym nie robiłam.
Trochę było w tym motywującego kopa poprzez wyniki badań córki i odkrycie jej uczulenia na pszenicę, która jest...prawie wszędzie...


Moim marzeniem jest zaliczenie kursu na Doradcę dietetycznego...tak aby móc w przyszłości pomagać innym.
Ale na razie to musze sobie samej pomóc :)
Bardzo bym chciała znaleźć czas aby móc się dzielić swoją wiedzą...


Trzymajcie kciuki...





LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...