wtorek, 27 maja 2014

Wspominki ciężarnej



Dawno, dawno temu (czyli prawie 10 lat)…po kilku latach starań pojawiły się łzy, niekoniecznie na tamtą chwilę szczęścia… Jako, że z zajściem w ciążę „nam” nie wychodziło, rzuciliśmy się na głęboką wodę, na irlandzką wyspę skarbów…Chcą podrasować nasz budżet, licząc się z emigracją na 2-3 lata.

I to się nie udało się w Polsze, tam po jednym „razie” przyniosło efekt w postaci dwóch kresek… Moje dylematy czy zostaje w IE czy wracam i rodzę w Polsce rozwiała irlandzka służba zdrowia…Na tamte czasy nie wykonywało USG a jeśli już to po 3mcu w szpitalu…

Zostawiłam małża i wróciłam…

W pierwszej ciąży czułam się fantastycznie.



 
Mimo pierwszym tygodni mdłości (nigdy nie zapomnę stresu, gdy stałam na przystanku w IE modląc się aby puścić pawia do torebki przed przyjazdem busa), wstawania o 5 rano, aby zdążyć na 8 do pracy w restauracji w Dublinie,  ponownych mdłości od zapachu serwowanego jedzenia, specjalnych efektów ubocznych nie odczuwałam…a co najważniejsze nie miałam dostępu do internetu…i bardzo dobrze… żyłam sobie w tej ciążowej nieświadomości aż do jej rozwiązania…

Jeszcze w końcówce 7mcu ciąży, poleciałam na kolacje wigilijną… do małża do IE.

Jedynie droga powrotna, po tygodniu odwiedzin, obfitowała w atrakcje, które na szczęście, nie przyspieszyły narodzin dziecka…

Dawno, dawno temu nie było jeszcze bezpośrednich połączeń z Irlandią, trzeba było się „przesiadać” w Anglii… Miałam wykupione bilety. Siedzę sobie w poczekalni, wybiła godzina odlotu, a tu ani widu ani słychu. Żadnej odprawy. Ja bez telefonu (tzn.miałam, ale bez roamingu). Angielski znam, więc próbuje się  dowiedzieć co się stało… Niestety personel lotniska średnio był zainteresowany naszą sytuacją. Jak w czeskim filmie – nikt nic nie wie…

Więc siedziałam sobie 12h na lotnisku, zanim podstawili w końcu jakiś samolot i do Polski wróciłam. Na moje nieszczęście ściągnęłam z siebie odzienie wierzchnie, które musiało skutecznie ukrywać mój brzuch, bo na odprawie, zażądano ode mnie zaświadczenia lekarskiego, że mogę latać... Oczywiście takowego nie miałam. Ale się zaparłam i zapowiedziałam, że rodzić to Ja będę w Polsce, oby mnie tylko tam całą bezpiecznie dostarczyli…

Dopiero jak wróciłam do Polski, okazało się, że w tym dniu splajtowała polska linia lotnicza AIRPOLONIA… i byliśmy ostatnimi pasażerami, którzy skorzystali z ich "usług”…ufff…

Teraz pozostawało tylko czekanie na poród i nadzieję, że małż z 2 tygodniowym urlopem wstrzeli się w termin J….

Cdn…

 

 

 

 

 

8 komentarzy:

  1. To Ty też Mama-podróżniczka:)
    czekam na więcej;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Często śmiejemy się z Synem, że podróż samolotem ma już..za sobą :)

      Usuń
  2. ja bym nie poleciała, bałabym się:)

    OdpowiedzUsuń
  3. A czujesz taki numer jakbyś urodziła w samolocie?:D
    Latanie do końca życia za free :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie tego się obawiali, hehe, a skoro splajtowali to musieliby płacić za przeloty innymi liniami, hehe

      Usuń
  4. Ja w drugiej ciąży nogi sciskalam , bo co prawda diagnozowali w Krakowie poród przedwczesny zagrażający, ale wtedy powódź w Krakowoe była ,a wszystkie szpitale po drugiej stronie Wisły ... Nigdzie byśmy nie dojechały ....
    Ktoś powie ze można w domu ;) ale była duża 4,5 kg i wyowijana pepowiną ... Aleksandra która nigdy sie nie spieszy , szczęśliwie lekarzy tez nie posluchała i poczekala aż wody opadną tak ... 2 tygodnie po terminie ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Szykuj szybko c.d bo dla mnie temat bardzo na czasie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. ho ho to ja czekam na dalszą część historii :)
    wciągnęłam się :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuje...każdy komentarz mnie uskrzydla...

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...